z ostatniej chwili
W dniu 24 grudnia 2019 roku tj. Wigilia Urząd Gminy w Mszanie Dolnej będzie nieczynny.
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem
Powiększ: A A A
A A A A A
Biuletyn informacji publicznejtransmisjarodowybory uzup.WYBORY DO SESJMU I SENATUOgłoszenia Wójtacała naprzódPlan zagospodarowania przestrzennego - interaktywna mapaProfil zaufanyinterpelacjestudiumostrzezenia meteobadamy jakośc powietrzazoneZajęcia na orlikach - informacjeJustyna Kowalczykgmina w obiektywie.htmlLokalna Grupa DziałaniaGaleria zdjęćznpOdkryj Beskid WyspowyUniwersytet III wiekuObrona cywilnae-urzadwfoskanalizacja

„Zimna Dziura”


„Zimna Dziura”


- Dziadku, dziadku! Opowiedzze nom jesce cosi na dobranoc! – chóralnie zakrzyknęły wnuczęta i usadowiły się w kółeczku wokół staruszka.


- Nyj dobre, opowiym – zgodził się dziadek i iskierka entuzjazmu błysnęła mu w oku - ino ze na mie juz wasi ojcowie krzywo bocom, ze wom telo zmyślom, nie bedym radził po nasemu, ba po pańsku. Słuchojciez..


Było to za czasów panowania króla Kazimierza Wielkiego. Co jedną miejscowość zostawił murowaną, już do kolejnej drewnianej zaglądał i dokonywał tam gruntownych reform. Zmęczony już nieco swoją niestrudzoną pracą w imię miłości ojczyzny udał się na jej południe, by odpocząć nieco. Im dalej w góry, tym bardziej zakochiwał się w swym kraju, aż do momentu, gdy jedno miejsce ukradło mu serce bezpowrotnie.


Minąwszy ówczesne Myślenice, Lubień i Tenczyn, skierował świtę na tereny Rabki, a stamtąd do Olszówki. Miał król poczucie, że robi koło tak podróżując, ale nie mógł się zdecydować na spoczynek w jednej z tych miejscowości. Jako że wszystkie były dla niego równie piękne, zatrzymywał się w każdej dzień po dniu, aż w końcu znużony, zawrócił do stolicy, do której jednakże nie dotarł. Trafił oto na miejscowość, która urzekła go swym urokiem tak bardzo, że wjeżdżając w jej rejony, osiadł nie na dzień czy dwa, lecz na miesiące.


Malownicza dolina, otoczona trzema stromymi wzgórzami, miała w sobie magnetyzm, który – a tego był król pewien – wytwarzany był nie tyle poprzez niesamowite widoki, lecz przez ludzi ją zamieszkujących. To właśnie to, ta prostolinijność i szczerość z oczu bijąca, ten naturalny blask i w końcu te pokłady ciepła i życzliwości; wszystko to razem wzięte zatrzymało tu króla na dłużej. Poczciwi ludzie, pracujący od rana do wieczora na swojej roli, szybko wkradli się w łaski króla. I vice versa. Uczty wyprawiane przez świtę królewską były otwartym zaproszeniem dla każdego mieszkańca, a każdy mieszkaniec łaknął, by choć przez chwilę porozmawiać z królem. Władca długo zastanawiał się, jakby tu nazwać tę niezwykłą dolinę, lecz na próżno wysilał pomyślunek. Wkrótce musiał wracać do Krakowa, obowiązki czekały na spełnienie. Z dala od drogiej sercu gleby bezzwłocznie podpisał akt lokacyjny i założył wieś. Ukochana dolina stała się mu tak bliska, jak żywiołowa córeczka Kasia, z którą nierozerwalnie wiązał wspomnienie wioski. „Ej Kasieńko, Kasieńko.. kupiłbym ja Tobie wszystkie skarby świata!” Jak szybko pomyślał, tak też prędko zrobił i nazwał umiłowaną dolinę mianem, które mu najpiękniejszą melodią w uszach grało – Kasinką Małą.


By ziemia nosząca imię jego córki miała się jak najlepiej, ustanowił jej pierwszym sołtysem hrabię Lubomirskiego, znanego ze szczodrego serca i otwartości. Nie omylił się król – chłopi uwielbiali swojego pana i cenili go wysoko. Czuli, że chce on ich dobra jedynie, bo o dochód z pańszczyzny i zyski z pracy nie dbał, ba!, kiedy kto do niego przyszedł, zaraz wyciągnął pomocną dłoń i traktował iście familijnie.


Pod rządami hrabiego rosła Kasinka w siłę, co widząc, wielu z przejeżdżających przez nią bogatych szlachciców prosiło króla o transakcję, by kupić ziemię. Jednakże dolina wciąż była w posiadaniu Lubomirskiego, który ani myślał ją komukolwiek odsprzedać. Szybko pojął, dlaczego król patrzył na nią tak łaskawym wzrokiem, sam zakochał się w tej dziedzinie od pierwszego wejrzenia i z dnia na dzień utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł niebo na ziemi. Tak też czuli się przy nim mieszkańcy, pod niebiosa wychwalali wpierw Boga, potem króla i hrabiego.


Mijały lata i namacalnego dobrobytu Kasinczan nie mąciły żadne ciemne chmury. Postarzał się Lubomirski i coraz mniej wychodził do chłopów. Przed śmiercią zdążył jeszcze zapisać dwóm swoim synom majątek, który rozdzielił sprawiedliwą ręką. Starszemu dostały się w spadek wszelkie kosztowności i dobra materialne, młodszemu - którego hrabia miłował bardziej – pozostawił wieś. „Jeno pilnuj mi tej ziemi, jakobyś swojej lubej pilnował, nie daj plonom marnieć, a ludzi pod pieczą swą miej każdego pańskiego dnia!”


Z tak dojmującymi słowami na ustach opuścił hrabia swoje niebo na ziemi i przekonany, że zostawia Kasinkę w najlepszych rękach, udał się na wieczny spoczynek. I tak rozpoczął się ciężki okres dla mieszkańców wioski, którzy oczekując, że syn wdał się w ojca, poddali się mu z ufnością, lecz rozczarowanie jego rządami szybko rozeszło się po domach. Młody Lubomirski okazał się być całkowitym przeciwieństwem hrabiego; latem całe dnie spędzał na uciechach i zabawach, gdy rano wyjeżdżał polować na dziką zwierzynę, wracał po całym dniu do dworu i żądał, by mu nie przeszkadzano. Niewiele mogli chłopi zdziałać, ani zasięgnąć rady, ani uzyskać pomocy. Nie respektował młody hrabia pracy ludzkich rąk i z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej chciwy. Im więcej majątku przez swój hulaszczy tryb życia roztrwaniał, tym mocniej naciskał na chłopów i narzucał większe podatki pańszczyźniane.


Poczucie niesprawiedliwości i upodlenia jątrzyło masę serc. Wielu z chłopów buntowało się na rozkazy hrabiego, lecz żaden z nich nie wychylał się z szeregu w obawie, by mściwe spojrzenie pana nie zostało skierowane w stronę jego rodziny. „Coz my Bogu zawinili, ze nom w takik ciyskik casak przisło zyć” – dało się słyszeć po polach. Już wspomnieniem pozostawały comiesięczne zabawy, chłopi ledwo wiązali koniec z końcem i ograniczali się do minimum. Jedynie ci, którzy posiadali większe gospodarstwo mogli sobie pozwolić na nowy przyodziewek czy obuwie. Wiosną czy latem było to do przeżycia i zahartowani robotą ludzie znosili tyranię, jednakże z zimy na zimę coraz ciężej przychodziło im zaciskanie w milczeniu ust i unikanie narzekań.


Pewnego styczniowego dnia wkradł się niepostrzeżenie przez szparę otwartych drzwi do domu Jaśka Marszalika mróz z pola. W tej małej chałupie mieszkał on ze swoją żoną, Marysią, która w stanie błogosławionym bawiła dwójkę energicznie biegających po kuchni chłopczyków. Rodzice Jaśka zmarli parę lat wcześniej, a Marysia pochodziła z wielodzietnej rodziny, mowy więc nie było o jakimkolwiek wsparciu młodej rodziny. Gospodarz domu pracował na swej roli, a dodatkowo imał się każdej możliwej robótki, byleby był w stanie utrzymać rodzinę i zapewnić jej dobrobyt. Zimą brakowało jednak pracy, a bieda coraz bardziej im doskwierała.


- Oj Jasieńku, coz my pocniemy dali? Potrzeb coroz wiyncy, a nom nie przybywo, ba ubywo. – Ubolewała strapiona Marysia. - Bojym siy, co by nom ślachta Staska do sluzynio na wiesne nie wziyna, panom przydo siy parobecek. Jaśku! Nie zniesym tego!


- Maryś, duso moja, nie bec! Pódym jutro do lasa, nazbiyrom drzewa na caluśkom zime, przyoscyndzimy na tym i jakosi to syćko przetrwomy. Domy se rade. – Z pewnym siebie uśmiechem pocałował Jasiek żonę, by dodać jej otuchy. Nie był jednak do końca przekonany co do swoich słów, ale postanowił sobie, że za wszelką cenę wydźwignie rodzinę z tej biedy.


Wyszedł z chałupy wcześnie rano, obładowany siekierą i taczkami i obrał kierunek najwyższej kasinczańskiej góry - Szczebla. Im głębiej się zapuszczał w las, tym bardziej wsłuchiwał się w tę wszechobecną ciszę, która go uspokajała i napawała nadzieją. Nawet się nie spostrzegł, kiedy zastała go noc. Ciemność obejmująca go z każdej strony nie była mu straszna, jednakże wolał już wracać, by nie dokładać zmartwień żonie. Niezbyt często zapuszczał się w te tereny, toteż stracił z oczu drogę, którą tutaj przybył. Szedł więc na wyczucie w dół, gdy nagle zobaczył przed sobą rozświetloną nienaturalnym blaskiem niewielką grotę. „Dyć jes to ta Zimno Dziura, słysołek o jyj śkarbak we wsi, ale powiadali ludziska, ze ino prawy, wybrany bez Boga cłek moze do niyj dotrzeć.” Wiedziony ciekawością zbliżył się parę kroków do skalistego wejścia jaskini i nim podjął decyzję o wejściu do środka, już nogi go poniosły przed siebie. Przecisnął się przez ciasny szpaler wilgotnych skał i kamieni i to, co zobaczył w odległości dwóch metrów, odebrało mu mowę na krótki czas.


- Czego tu szukasz, człowiecze? – spytał oniemiałego Jaśka mały skrzat. Stojąc pośród złota i srebrnych kielichów, rzucał badawcze spojrzenie na przybyłego. – Co cię tu przywiodło? Mów!


- Pokwolony! Byłek w lesiy, drzewo zbierołek na zime. Bieda u nos, ni momy siy w co przyodziać, dzieciska głodne chodzom. Dej panie talara, piyknie pytom! – odezwał się po trosze nieśmiałym i przerażonym głosem Jasiek.


Niespotykany stwór lustrował go wzrokiem i wydawało się, jak gdyby zaglądając mu usilnie w oczy, próbował dowieść, czy powinien wspomóc chłopa, czy odprawić go bez niczego.


- Dojście do jaskini nie dowodzi prawości człowieka. Wielu śmiałków trafiało tu na swój sprytny sposób, lecz nikomu z nich nie udało się odejść, ani powrócić. – Orzekł nobliwie. - Ty jednak jesteś cnotliwym człowiekiem i dobrze ci z oczu patrzy. Weź najbliżej leżącą sakiewkę i wróć, jak przyszedłeś.


- Jezusicku! Bogu niek bedom dziy… - nie zdążył jednak dopowiedzieć, bo poczuł, że jakaś siła wypycha go na zewnątrz. Znalazłszy się na powrót przed grotą, uśmiechnął się z wdzięcznością do nieba, na którym unosił się majestatycznie bijący jasnym blaskiem księżyc.


– Świeć miesioncku, świeć! Zaprowadź mie za tyn las do mej lubej. Teroz juz my poratowani, bieda nos nie zje!


Znalazł się w domu w mgnieniu oka, niesiony w dół jak na skrzydłach. Kiedy opowiedział całe zajście Marysi, nie dawała wiary jego słowom i patrzyła na niego, jakby sobie przemroził mózg i to powodowało halucynacje. Uwierzyła wnet, gdy zobaczyła sakiewkę pełną złotych dukatów. Nie było tego wieczoru szczęśliwszego domu w Kasince, ani w całej Polsce.


Wieść o niezwykłym wydarzeniu rozeszła się nazajutrz po całej wsi. Nie minęło parę godzin, gdy Jasiek został wezwany na dwór do hrabiego, który sceptyczny wobec usłyszanej historii, chciał rozmawiać z chłopem niezwłocznie. By nie zostać posądzonym o zmyślanie bajek, wziął Jasiek ze sobą parę złotych dukatów i pokazał je Lubomirskiemu. Na ten widok rozbłysły niemal tym samym, co kolor dukatów, złotem oczy hrabiego, który rozkazał bez zwłoki, by osiodłać konie. Jasiek chciał posłużyć za przewodnika, jednakże władca, w obawie przed oddaniem mu chociażby maleńkiej za to kwoty ze skarbu, wolał, by chłop opisał mu dokładnie drogę do jaskini. Zaczął się więc Jaśko tłumaczyć, iż przez te egipskie ciemności nie ma pojęcia, jak tam trafił, lecz hrabia nie wierzył mu, podejrzewając go o chytrość.


- Zostaniesz tu, póki nie wrócę ze skarbami! W drodze obmyślę dla ciebie odpowiednią karę, kmieciu. – Z wyraźną złością pozostawił Jaśka na dworze i dosiadając konia, odjechał w stronę Szczebla.


Jasiek, trapiony obawami, przeżywał chwile udręki, wyobrażając sobie, co go spotka po powrocie Lubomirskiego. Czekał tak parę godzin i imaginował sobie, że hrabia znalazł zapewne jaskinię i wyciąga z niej wszystko za zgodą skrzata. „Telo casu mu juz zesło, musioł pewnie wybrać syćko, a im wiyncy siy wzbogaci, tym surowse ceko mie lanie. Dopomóz mi, Boze.” Modlił się tak, aż nastał wieczór. Nie miał już siły na bicie się z myślami i zmęczony, zasnął na podłodze. Obudził go tętent kopyt, na którego dźwięk zerwał się, jak oparzony i czekał z bijącym sercem na wyrok. Wtem do środka wszedł najbliższy służący Lubomirskiego, a kolega z dzieciństwa Jaśka i uradowany, wyciągnął do niego ręce.


- Jaśko! Nojświyntso Panienka wypytoła u Boga o tom łaske! – krzyknął Wojtek.


- Je coz to siy stało? Ka jes hrabia? – pełnym drżenia głosem mówił Jasiek. - Godoj, Wojtek, co mnie ceko!


- Uspokój siy! Słuchoj jak jes. Wskocylimy na kuń i co siył starcyło jechalimy w los, tak nos poganioł panocek. Kie my uwidzieli jaskinie, coś opisywoł, jak zywo, mielimy strzyc wejścia, Lubomirski poseł najprzód. To my cekali. – Zdawał relację zdyszany Wojtek. - Cekomy i cekomy i hej!, coz to był za piekielny wrzask. Hrabia zakwicoł, jakby go fto do piekła zabieroł. Balimy siy przeokrutnie, ale ze swoje miyjsce znomy, tośmy pośli go posukać i pomóc. I dos wiare?


- Je co?!


- Kieśmy hań weśli, zodnyk śkarbów, zdonego skrzota! I wtej nos przesło zimno przeokropne – ni ma Lubomirskiego!


- Nie zmyśloj Wojtek! Kaz mioł siy podzioć? – Tym razem sceptyczny pozostał Jasiek.


- Na mój dusiu! Cały cas ześmy mieli strzyc wejścio, tośmy stoli i strzegli. Przebóg, ni mioł jak wyjść koło nos! – Całkowicie pochłonięty swoją opowieścią Wojtek wyciągnął z kieszeni chustę z inicjałami Lubomirskiego, którą ów nosił przy sobie zawsze. – Przyboc se! Dyć to jego. Zapodł siy pod ziemie abo co!


- Jezusicku słodki! – zdołał tylko wykrzyknąć Jasiek. Przypomniał sobie zaraz słowa skrzata, który oznajmił mu, że tylko prawy człowiek może wejść do jaskini i wyjść z niej bez szwanku. Uwierzył więc w słowa Wojtka i przeżegnał się bogobojnie. Gdy wrócił do domu, opowiedział wszystko Marysi i zaplanował z nią, na co przeznaczy talary. Uspokojeni wizją pewnej przyszłości, pocałowali się jeszcze i poszli spać, by nazajutrz wstać do swych chłopskich obowiązków.


Od tego czasu wiodło się ludziom w Kasince bardzo dobrze. Każda rodzina miała z czego żyć i nie przymierała głodem, a król wkrótce po tych wydarzeniach ustanowił nowego sołtysa, podobnie zarządzającego wsią, jak jej pierwszy właściciel.


O tym, co się wydarzyło w grocie pod Szczeblem i w jaki sposób zniknął hrabia, dokładnie nie wie po dziś dzień nikt. Dziwnym faktem jest także dla wielu przenikający do kości chłód, panujący w jaskini nawet w najbardziej upalne dni, który powstał po zniknięciu Lubomirskiego, a od którego wzięła się nazwa osławionej groty – Zimna Dziura. Skąd się wziął, czemu się utrzymuje tam w najgorętsze dni i jak to tak naprawdę było? Niektórzy mówią, że nadepnął na nieodpowiedni kamień w jaskini i przepadł w jej otchłani. Inni twierdzą, że schował się przed służącymi, by i oni nie mogli uszczknąć ani talara ze skarbu, a wracając w nocy, rozszarpały go wilki.


- Jo jednak wierzym, ze hrabia dali hań jes. Jego dusa pokutuje za syćkie zło, ftorego siy dopuściył. – Powrócił do swojego godanio dziadek. – Pon Bucek go skoroł i zesłoł do piekieł. Zły cłek był i taki siy skojcył. Zimno z jego dusy przesło na calusieńkom grote i trzymo siy do dziś. Niek to bedziy dlo wos przestrogom, dzieci! Trza być dobrym cłekiem, Boga miłować i ludzi sanować. Cyjom robotom nie gardzić, ino kwolić. Swojej ziemi strzyc i do nojmniyjsyj krzywdy nie dopuścić. Amen. – Zakończył pełen dumy, bo też i kochał Kasinkę bardzo mocno. – Nyj! Idźciez teroz spać, bo mie wasi ojcowie jutro zbeśtajom do reśty. A ino o pacierzu nie zaboccie!


Autor: Klaudia Gawronek